UAZ Site www.uaz.wozniakiewicz.pl







   

UAZ story

Na zakupy

mój UAZ z wlaścicielem ;) Decyzja dojrzewała przez kilka tygodni. W końcu zapadła, tym sam – jak to u mnie bywa - stając się nieodwołalną. Kupuję UAZ-a.

Wakacje 2003, jak każde wakacje przyniosły coroczny dylemat: w jaki sposób spędzimy urlop. Trzy lata temu była Słowacja, dwa lata temu żagle, rok temu morze... Trzeba było wymyślić coś nowego. I wtedy właśnie wpadła do głowy myśl: można kupić UAZ-a i pojechać z namiotem w Bieszczady. O UAZ-ie myślałem już od jakiś ładnych kilku, czy klikunastu lat. Chyba mniej więcej od czasu, gdy jako siedemnastoletni oficer Związku Strzelckiego „Strzelc” przemierzałem szlaki „Kadrówki”. Przygoda ze Strzelcem dawno się skończyła, ale fascynacja prostym, twardym, wojskowym samochodem terenowym pozostała. Bo nie była to bynajmniej fascynacja szeroko pojętymi terenówkami, tylko właśnie UAZ-ami i GAZ-ami.

Szybko podjęta decyzja pociągnęła za sobą rozpoczęcie poszukiwań odpowiedniego samochodu. Prowadziłem je za pomocą medium mi najbliższego, czyli Internetu.

Po kilkunastu dniach przeglądania stron z ogłoszeniami prywatnych osób i ofertami komisów oraz korespondowania i ściągania zdjęć od ogłoszeniodawców znalazłem coś, co mnie zainteresowało – ładnie wyremontowany UAZ 469B pomalowany w plamiaste maskowanie.

Kupując UAZ-a można kierować się dwoma zasadami – kupić złom z przetargu lub też innej „okazji” i mozolnie go remontować, lub też wybrać znacznie droższy samochód po kapitalnym remoncie. Samochód, w którym teoretycznie przez dłuższy czas nic nie powinno się zepsuć. W moim przypadku w grę wchodziło tylko to drugie rozwiązanie. Mechanik ze mnie kiepski, a przede wszystkim nie mam nawet garażu, nie mówiąc już o chociażby skromnym warsztacie. Dlatego też samochód przedstawiany jako „po kapitalnym remoncie” wzbudził moje zainteresowanie.

Sprzedający mieszkał aż za Warszawą, więc wyprawa z Krakowa nie była rzeczą najtańszą i niekłopotliwą. Tym niemniej czułem, że chyba zdecyduję się na zakup, więc postanowiłem poświęcić dzień i pojechać oglądnąć autko znane dotychczas z fotografii.

Prezentował się nieźle. Zwłaszcza dla kogoś, kto nigdy nie tylko nie prowadził UAZ-a, ale nawet nie oglądał go dokładnie. Wymieniona elektryka, silnik – jak zapewniał sprzedający - po remoncie (wycieków rzeczywiście żadnych nie było), świeżo malowany, nowe liczniki, wygodne fotele, wymienione przednie błotniki i maska, na tylnych kołach gumy od wranglera, ładnie wykończone detale... Od razu wzbudził mój zachwyt. Po krótkim targu i próbie w terenie wymarzony pojazd był mój.

Pierwszy problem pojawił się jeszcze przed Warszawą. Zgaszony na chwilę silnik, odmówił powtórnego odpalenia. Środek jakiejś puszczy, trzy domy na krzyż, podejrzliwi tubylcy, a silnik milczy... Problem zdiagnozowaliśmy dość szybko – nie pracuje pompa paliwowa. Towarzyszący mi kuzyn wydłubał z niej jakąś wyżartą uszczelkę, a dokładniej (to wiem teraz – wtedy byłem zupełnie „zielony”) gumową podkładkę pod zaworek. Kilka godzin kombinowania, pożyczania nożyczek i śrubokrętów (nie mieliśmy nawet podstawowych narzędzi) z pobliskich gospodarstw i pompa uzbrojona w krążek z wężyka paliwowego zaczęła pracować. Silnik odpalił i ruszyliśmy dalej. Później okazało się również, że przy schodzeniu z obrotów wyskakuje „czwórka”, ale w końcu ok. 2.00 w nocy byliśmy w Krakowie. Operacja sprowadzenia auta zakończyła się sukcesem.

Na pierwszy ogień samochód trafił do zaprzyjaźnionego mechanika. Kompleksowa regulacja, przegląd, próba doraźnego naprawienia skrzyni biegów i pompy hamulcowej, która zaczęła cieknąć. Cóż... Było w czym grzebać... Potem samochodzik dorobił się instalacji gazowej – przy jego żarłoczności, rzeczy absolutnie niezbędnej.

Niestety, za kilka dni mój nowy UAZ znowu musiał zawitać do warsztatu. Ruszając spod sklepu stwierdziłem, że wrzuconej „dwójki” ni jak nie da się zmienić na inny bieg. Czekała mnie mozolna piętnastokilometrowa podróż na „dwójce” do mechanika. Po kilku dniach nieco już zaniepokojony stanem technicznym UAZ-ika odebrałem go z warsztatu. W samą porę, bo właśnie rozpoczął się zaplanowany dużo wcześniej urlop. Po raz kolejny wyjeżdżając od mechanika, nie przeczuwałem, że to dopiero początek problemów...

Wakacje z Uaz-em

Stało się. Jeszcze tylko przekazanie naszego szczurka pod czułą opiekę kolegi i wyruszamy. Jedziemy tylko we dójkę. Towarzyszy mi moja wybranka, Dominika. Kierunek – ogólnie Bieszczady, trochę dokładniej jezioro Solińskie, a gdzie konkretnie się zatrzymamy, to się jeszcze okaże. Namiot, plecaki, saperka... W UAZ-ie miejsca jest pod dostatkiem więc rozmiaru bagażu nie musimy za bardzo ograniczać. Wyjeżdżamy w pełnym słońcu, ale już w Niepołomicach dopada nas tak rzęsista ulewa, że musimy chwilę przeczekać na poboczu. Niespodziewanie okazuje się, że plandeka nieco przecieka. Potem droga przebiega bez większych przeszkód. No, może z niewielkimi – gdzieś za Jurkowem nie zauważamy znaków o objeździe z powodu remontu drogi. Gdy dojeżdżamy do zamkniętego odcinka jesteśmy nieco zdziwieni. Na szczęście to UAZ. Nie musimy zawracać i nadkładać ok. 30 km, ponieważ bez problemów przejeżdżamy rozkopany odcinek. To jedna z tych chwil, gdy czujemy dużą wdzięczność dla naszego autka.

Tuż przed Krosnem zaniepokoiła mnie skrzynia biegów. „Czwórka” podczas wrzucania dziwnie zgrzytnęła. O konsekwencjach tego zgrzytu przekonaliśmy się niebawem, dojeżdżając do skrzyżowania pod krośnieńskim McDonaldem. Niestety – wrzucenie jakiegokolwiek innego biegu jest absolutnie niemożliwe. Po kilku minutach przy towarzyszącym smrodzie sprzęgła udaje nam się (!) ruszyć i dowlec na parking pod McDonaldem. Szybki telefon do mojego mechanika. Niestety, informacje nie są optymistyczne. Spec nie wróży powodzenia naszym próbom naprawy skrzyni na parkingu pod barem. Mimo to demontuję lewarek i próbuję śrubokrętem przestawić zapadki. Wszystko na nic. W poszukiwaniu jakiegoś mechanika zwiedzam najbliższą oraz trochę dalszą okolicę. Niestety – jest sobota, dochodzi 19.00... Wszystko pozamykane. Decydujemy się na ostateczność – pomoc drogową. Ostateczność, bo w Krakowie jak pewnie w większości polskich miast lawety kojarzą się delikatnie mówiąc nienajlepiej, a stawki powalają z nóg. Pożyczamy z baru książkę telefoniczną i dzwonimy na kolejne numery. W zasadzie nie wiemy co uda nam się załatwić. Może odholują nas do jakiegoś warsztatu... W perspektywie jawi nam się noc na tym nieszczęsnym parkingu. Powoli tracimy nadzieję. Nikt nie chce przyjechać. W końcu wykręcamy jeden z ostatnich numerów. Opisuję problem, pytam czy właściciel „pomocy” zrozumiał o co mi chodzi. – Jasne, też mam UAZ-a – słyszę w słuchawce. – Za pół godziny będziemy – zapewnia rozmówca.

Wierzymy, że będzie dobrze. Ktoś, kto też jeździ UAZ-em, nie zostawi nas na tym przeklętym parkingu.

Po kilkudziesięciu minutach podjeżdża do nas śliczny, żółciutki UAZ-ik. Wysiada pan Marek z synem. Próbuje łomem przestawić ustawienie skrzyni biegów. Bezskutecznie. Pan Marek bierze nas na hol – może jak zębatki zmienią położenie, bieg w końcu wyskoczy. Również te zabiegi nie przynoszą rezultatu. Pada propozycja – pan Marek może zaholować nas do siebie i w przydomowym warsztacie spróbować coś z tym zrobić. I tak nie mamy innego wyjścia. Żółty UAZ holuje nas do miejscowości położnej kilka kilometrów za Krosnem. Na miejscu wita nas żona pana Marka. Dominika idzie z nią na herbatę. Otrzymujemy ofertę noclegu w ich namiocie rozbitym w ogrodzie. Jak się okaże, nieprędko jednak się w nim położę.

[UAZ-y - Marka i mój] Z Markiem dobrze się dogadujemy. Na ile daje radę, staram się mu pomagać w naprawie. Odkręcamy wybierak i już wszystko jasne. Ukruszyła się jakaś blaszka w sprzęgiełku przy synchronizatorze pomiędzy „trójką”, a „czwórką”. Podejmujemy próbę naprawy bez rozbierania skrzyni. Nie jest to łatwe. Blaszkę uzyskujemy z rozebranego sprzęgiełka od Żuka. Kończymy około 5.00 rano. Dołączam do Dominiki dawno już śpiącej w namiocie.

Wstajemy o 9.00 i ruszamy w dalszą drogę. Dziękujemy Markowi, który nas uratował conajmniej przed noclegiem na parkingu, a przy rozliczeniu potraktował bardzo ulgowo. Żegnając się, nie przypuszczamy jak szybko znowu go zobaczymy.

Niecałe 20 kilometrów. Tylko tyle udało nam się ujechać. Znów to samo. Doraźnie naprawione sprzęgiełko po raz kolejny zawiodło. Telefon do Marka i znów jesteśmy na holu. Tym razem nie obejdzie się już bez wyjmowania skrzyni.

W niedzielę demontujemy skrzynię biegów, a popołudniu zasiadamy z piwkiem przy grillu. Jest bardzo przyjemnie, a i tak nie mamy gdzie kupić części. Potrzebne elementy kupujemy w poniedziałek. Znowu robota do 5.00 rano. To już prawie tradycja, ale Marek rozumie, że chcemy jak najszybciej dojechać na upragnione wakacje. Po złożeniu wszystkiego, próbujemy jeszcze poprawić regulację silnika. Jakoś tak dziwnie chodzi... Jest już po piątej, nam zamykają się oczy, a silnik dalej nie pracuje tak jak powinien. Odkładamy to na później i idziemy spać.

Rano jedziemy do Krosna poradzić się specjalisty od gazu. Być może przyczyną złej pracy silnika jest nieodpowiednia regulacja instalacji gazowej. „Gazownik” rozwiewa nasze złudzenia. – To coś z silnikiem – tłumaczy. Po drodze kupujemy więc jeszcze komplet nowych świec i wracamy do domu Marka. Podczas drogi powrotnej z naszym UAZ-em coraz widoczniej dzieje się coś niedobrego. Marek przeczuwa najgorsze – pękniętą głowicę. Po kolei wykręcamy świece i próbujemy odpalać silnik. Szpryca wrzącej cieczy chłodzącej, która wystrzeliła z trzeciego cylindra zostawiła ślad ładnych kilka metrów od samochodu. Rozkręcając silnik, mamy nadzieję, że to jednak tylko problem z uszczelką pod głowicą.

Na szczęście głowica jest cała. Przeżarło tylko w jednym miejscu uszczelkę. Gorzej, że głowica bardzo się zdeformowała. Porządny szlif okazuje się niezbędny. Znów jedziemy do Krosna po części. A nazajutrz z głowicą do zaprzyjaźnionego warsztatu. Jak zwykle pracę kończymy nad ranem. Klika godzin snu i wyjazd. Serdecznie żegnamy się z Markiem i jego rodziną. Przez tych kilka dni bardzo się polubiliśmy. Trafiliśmy przecież do niego w sobotę wieczór, a ostatecznie wyjechaliśmy we środę.

Tym razem bez przeszkód docieramy do Polańczyka, gdzie spodobało nam się pewne pole campingowe położone nad jeziorem. Zostały nam „aż” 4 dni urlopu! No cóż... Nad jeziorem zbyt dużo czasu nie spędziliśmy, ale wakacje 2003 i tak na pewno bardzo długo będziemy pamiętać.

Być może cdn...

Jerzy Woźniakiewicz








 


Powered by Apache           Powered by PLD Linux           Strona zoptymalizowana dla wszystkich przegladarek